Dekoder literacki
Blog > Komentarze do wpisu

Żaby w studni, czyli zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej

Demick

1.

Książka Barbary Demick Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej daje czytelnikowi niepowtarzalną szansę wglądu w powszednie życie tego kraju. Życie, które oficjalna propaganda stara się zastąpić jego wyidealizowanym, zafałszowanym obrazem, stworzonym nie tylko na użytek zagranicznych mediów, ale i własnych obywateli: „Władze nie podawały danych gospodarczych, przynajmniej danych wiarygodnych, za wszelką cenę oszukiwały przybyszów z zewnątrz i same przed sobą zakłamywały rzeczywistość. Dyrektorzy gospodarstw rolnych i zakładów przemysłowych notorycznie fałszowali statystyki dotyczące produkcji, bo bali się przyznać przed zwierzchnikami do prawdy. Powszechne, samonapędzające się kłamstwo sięgało samej góry, nie sposób więc wykluczyć, że nawet Kim Ir Sen nie dostrzegał skali problemów gospodarczych”. Nawet w czasie najgłębszego kryzysu telewizja raczyła swoich głodujących obywateli patriotycznymi spektaklami z „wymachiwaniem flagami” w takt pieśni Marsz towarzyszy: „Żyjemy w państwie socjalistycznym bez zmartwień o jedzenie i ubranie. Z wypiętą piersią spoglądamy dumnie na świat”. Zachód oczywiście w podobne maskarady nie wierzył, z powodu braku wiarygodnych relacji faktycznej sytuacji nie znał jednak.

Ten brak bezpośredniej, wiarygodnej wiedzy na temat tego, co się naprawdę dzieje w tym „ostatnim bastionie prawdziwego komunizmu”, symbolizuje „czarna dziura”, „zadziwiająco nieoświetlona plama”, jaką widać na nocnych zdjęciach satelitarnych Dalekiego Wschodu. „Ta ciemna przestrzeń to Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna. Z tajemniczą czarną dziurą sąsiadują Korea Południowa, Japonia i świecące już względnym dobrobytem Chiny. Nawet z wysokości setek kilometrów widać tam białe punkciki billboardów, latarni, sygnalizacji ulicznej czy neonów sieci fast foodów, które świadczą o tym, że życie w tych krajach jest w dwudziestym pierwszym wieku nieodłącznie związane ze zużyciem energii elektrycznej. Ale tuż obok rozpościerają się obszary czerni, o powierzchni prawie dorównującej Anglii. To zdumiewające, że państwo, w którym żyją dwadzieścia trzy miliony mieszkańców, wydaje się bezludnym oceanem. Północna Korea jest po prostu pustką”. Jedno z takich zdjęć zamieszczono w książce. Podobne pokazano także w dokumentalnym filmie Olenki Frenkiel Na osi zła. Kraj cichej śmierci, emitowanym w telewizyjnej Dwójce (jest on też dostępny w Internecie), w którym możemy również obejrzeć potajemnie sfilmowany obraz północnokoreańskiego miasta widzianego nocą. Tonie ono w kompletnych, koszmarnych ciemnościach, rozświetlanych na krótką chwilę przez światło reflektorów samochodu, w którym – oczywiście w eskorcie „przewodników” – podróżowała ekipa filmowa. Widok tego miasta-widma z ciemnymi oczodołami okien wywiera naprawdę niesamowite wrażenie. Jak do tego powszechnego zaciemnienia doszło?

Tuż przed swoim rozpadem ZSRR nawiązał stosunki dyplomatyczne z Koreą Południową, a w 1992 roku to samo zrobiły Chiny, tym samym niejako wycofując się z bezwzględnego poparcia komunistycznego reżimu (obie Koree pozostają faktycznie w stanie wojny, nazwa Korea Południowa jest nazwą potoczną, oficjalna nazwa państwa to Republika Korei, uznaje się ono za jedyne państwo koreańskie, obejmujące „całe terytorium koreańskie i jego ludność”). Kalkulacja ekonomiczna wzięła górę nad ideologią. „Niewypłacalność Korei Północnej, której dług zagraniczny wzrósł na początku lat dziewięćdziesiątych do dziesięciu miliardów dolarów, budziła rosnące zniecierpliwienie Moskwy i Pekinu. „Czarną dziurą” stała się Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna na skutek załamania się głęboko niewydolnej gospodarki na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy to skończyły się dostawy taniej ropy naftowej ze Związku Radzieckiego, który ku rozpaczy uzależnionego od niego sojusznika po prostu przestał istnieć, przynajmniej w dotychczasowej postaci. „Elektrownie popadły w ruinę. Zabrakło światła. Wygłodniali ludzie wspinali się na słupy elektryczne, żeby ściągnąć kawałek miedzianego drutu i wymienić go na jedzenie”. Ogromne długi, brak zewnętrznego wsparcia, kompletny krach gospodarczy i brak energii oznaczają brak żywności. Zaczyna się wielki głód lat dziewięćdziesiątych, oficjalnie eufemistycznie zwany „Trudnym Marszem”, który pochłonie ogromną, aczkolwiek bliżej nieokreśloną liczbę ofiar: „Szacuje się, że do końca 1998 roku w Korei Północnej zmarło z głodu od sześciuset tysięcy do dwóch milionów ludzi, czyli dziesięć procent ludności. W Chongjinie, gdzie żywności zabrakło najwcześniej, śmierć pochłonęła do dwudziestu procent mieszkańców. Ich liczby nie sposób podać dokładnie, bo szpitale w Korei Północnej nie wymieniają głodu jako przyczyny śmierci”. Z Chongjinu i okolic pochodzi szóstka głównych bohaterów książki, uciekinierów z ludowej ojczyzny, którzy „wybrali wolność” i zamieszkali w Seulu. To ich relacje – w miarę możności weryfikowane przez zestawienie z innymi źródłami i umieszczone na historyczno-politycznym tle – stanowią trzon tej opowieści o zwyczajnym/niezwyczajnym życiu w Koreańskiej Republice Ludowo-Demokratycznej.

2.

Do najbardziej przejmujących fragmentów książki należą niewątpliwie opisy wielkiego głodu. Sytuacja w kraju w latach dziewięćdziesiątych stawała się coraz bardziej dramatyczna i zarazem absurdalna: ludziom, którym sukcesywnie zmniejszano pensje, a nierzadko przestawano ją wypłacać w ogóle, nie wolno było także uprawiać prywatnych działek czy sprzedawać jakichkolwiek usług, by zarobić na jedzenie: „Przestępstwem było przyjęcie wynagrodzenia za jakąkolwiek usługę, niezależnie od tego, czy chodziło o seks, czy naprawę roweru”. W Korei Północnej praktycznie nie robiono zakupów i prawie nie używano pieniędzy. Pensje, o ile były, miały wartość raczej symboliczną. Wszystko, czego potrzebował obywatel – a co zasadniczo sprowadzało się do elementarnego wiktu i opierunku – teoretycznie zapewniała mu władza. Wszelka niezależna inicjatywa była uznawana za antyspołeczną i bezwzględnie tępiona: „Kim Dzongil zwalczał prywatną przedsiębiorczość jeszcze bardziej stanowczo niż jego ojciec. «W społeczeństwie socjalistycznym nawet problemy wyżywienia należy rozwiązywać metodami socjalistycznymi. Bazary i handlarze budzą w ludziach egoizm» – stwierdził w przemówieniu z 1996 roku, jednym z nielicznych, w których wspominał o kryzysie żywnościowym. […] Wszelka prywatna działalność biznesowa stanowiła «przestępstwo gospodarcze», za które groził obóz pracy, a w przypadku oskarżenia o korupcję – nawet kara śmierci”. Z powodu nagminnych kradzieży kolej najęła nawet uzbrojonych strażników, „którzy mieli strzelać do złodziei tak, by ich zabić”.

Według kodeksu karnego KRLD śmiercią można było karać m.in. za „przestępstwa przeciwko socjalizmowi” czy „działalność antypaństwową”, ale, jak słusznie zauważa autorka, pojęcia te były tak nieprecyzyjne, że „mogły oznaczać każdy czyn uznany za sprzeczny z interesem partii” (podobna „plastyczność” przepisów cechowała prawodawstwo PRL-u): „Rozstrzeliwano ludzi, którzy kradli miedziany drut ze słupów telefonicznych, by kupić jedzenie, rozstrzeliwano złodziei kóz, kukurydzy, cieląt i sprzedawców ryżu na czarnym rynku (…) Uciekinierzy z KRLD, którzy znaleźli się w Korei Południowej, mówili, że w latach dziewięćdziesiątych odbywały się egzekucje winnych cudzołóstwa, prostytucji, uchylania się od aresztu i zakłócania porządku publicznego. W Onsongu, przygranicznym miasteczku, gdzie w sierocińcu przez pewien czas mieszkał Hyuck, podobno stracono czterech uczniów przyłapanych na bieganiu nago po pijanemu”. „Bieganie nago po pijanemu” też może być bowiem zakwalifikowane jako „przestępstwo przeciwko socjalizmowi”. System prawny Korei Północnej, jak zresztą każdej dyktatury, skonstruowany jest tak, by władza miała jak największą swobodę decydowania o surowości kar, wymierzanym arbitralnie swoim obywatelom.

Ludzie, pozbawieni niemal wszelkich możliwości zdobywania pożywienia, chwytali się najbardziej nawet rozpaczliwych sposobów, by zaspokoić lub tylko oszukać głód: „Odrzucili zbędną dumę i niepotrzebny wstyd. W odchodach zwierząt hodowlanych szukali niestrawionych resztek kukurydzy. Dokerzy nauczyli się zdrapywać maź z podłóg magazynów portowych, w których przechowywano produkty żywnościowe i po jej wysuszeniu oddzielać ziarenka ryżu i inne jadalne składniki. Ludzie przekopywali plaże w poszukiwaniu skorupiaków i zbierali do wiaderek wodorosty”. Krążyły nawet przerażające opowieści o kanibalizmie. Ludzie masowo umierali z głodu, a jedną z ich głównych zasad przetrwania – poniekąd uniwersalną – było zobojętnienie na cierpienie innych: „Żeby przeżyć lata dziewięćdziesiąte w Korei, trzeba było stłumić w sobie odruch dzielenia się jedzeniem. Żeby nie zwariować, trzeba było nauczyć się obojętności. Z czasem Mi-ran przyzwyczaiła się omijać zmarłych leżących na ulicy i nie myśleć o tym zbyt wiele. Obok niej pięcioletnie dziecko było bliskie śmierci, ale ona nie uważała, że trzeba mu pomóc. Skoro nie była gotowa podzielić się jedzeniem ze swoją ulubioną podopieczną, to przecież nie mogła pomagać komuś całkowicie obcemu”. Te traumatyczne doświadczenia zostają często w ludziach na zawsze, nie pozwalając tym, którym udało się uciec, cieszyć się w pełni z uzyskanej w końcu wolności.

Na skutek galopującej nędzy z ulic zniknęły nawet śmieci, których Korea Północna nigdy nie produkowała zbyt dużo, co zawsze stanowi miarę konsumpcji: „Wiatr nie unosił plastikowych toreb ani opakowań po cukierkach, przy nabrzeżu nie pływały puszki po napojach. Jeśli ktoś wyrzucił na chodnik niedopałek papierosa, to ktoś inny zaraz go podnosił, by zdobyć odrobinę tytoniu do skręta z papieru gazetowego”. W czasach, gdy nie produkowano prawie niczego, potencjalnie każdy odpad cywilizacyjny nadawał się do powtórnego spożytkowania (plastikowe torby na przykład zastępowały bezdomnym dzieciom obuwie).

Konsekwencje głodu były przerażające. Młode pokolenie było niższe od poprzednich. Północnokoreańska armia musiała zrezygnować z „wymogu, by rekrut mierzył metr sześćdziesiąt”. Dzieci masowo chorowały na karłowatość, objawiającą się tym, że z powodu niedożywienia w okresie wzrostowym głowa i tułów rozwijają się kosztem kończyn: „Według badań przeprowadzonych w 2003 roku przez Światowy Program Żywności i UNICEF czterdzieści dwa procent dzieci w Korei Północnej cierpi na tę nieodwracalną deformację”. Przeciętny, dobrze odżywiony siedmiolatek z Korei Południowej jest o trzynaście centymetrów wyższy od swego rówieśnika z Północy. Jedna z bohaterek książki, pracująca jako opiekunka w przedszkolu, wspomina, jak stopniowo ubywało w nim dzieci: „Kolejność zawsze była taka sama: najpierw rodzina nie była w stanie dostarczyć drewna na opał, następnie dziecko przestawało przynosić jedzenie, potem zaczynało pokładać się na zajęciach i spać na przerwach, wreszcie bez wyjaśnienia znikało z przedszkola. W ciągu trzech lat liczba przedszkolaków spadła z pięćdziesięciu do piętnastu. Co się stało z tymi dziećmi? Mi-ran nie drążyła tego zbyt głęboko, bo bała się, że usłyszy odpowiedź, której usłyszeć nie chciała”.

W tym samym czasie, gdy ludzie umierali z głodu, a prąd wyłączano nawet w szpitalach, jedynymi oświetlonymi obiektami w kraju były pomniki przywódców. Niebagatelny wydatek dla upadłej gospodarki, zważając na fakt, iż Wielki Wódz ma w Korei Północnej jakieś trzydzieści cztery tysiące pomników. Ogromną część budżetu – około dwudziestu pięciu procent – pochłania także licząca milion żołnierzy armia oraz program nuklearny: „Kim Dzongil nie przejmował się groźbą bankructwa kraju. Uważał, że utrzyma się przy władzy tylko dzięki pociskom i broni nuklearnej”, powiedział dziennikarce Kim Dok-hong, zbiegły do Seulu były dygnitarz z Pjongjangu.

W krytycznych latach KRLD dostała pomoc żywnościową wartą ponad dwa miliardy milionów. „Ale reżim, choć zależało mu na zagranicznej żywności, nie chciał wpuszczać cudzoziemców z organizacji humanitarnych”. W efekcie tylko część żywności dotarła do sierocińców czy przedszkoli, „większość trafiła do magazynów armii albo na czarny rynek”.

3.

Realia codziennego życia w Korei Północnej przedstawicielom bogatego i wolnego świata mogą wydawać się trudne do zrozumienia, a nawet wyobrażenia. „Widzę to tylko, do czego nawykłem, ale też przekonany jestem do tego tylko, co mogę zrozumieć”, powiada Michał Paweł Markowski, eksplikując myśl Williama Jamesa, a przy okazji i swoją własną. Owe trudności i ograniczenia są zapewne udziałem wielu Amerykanów, dla których książka w pierwszej kolejności była przeznaczona – autorka przez kilka mieszkała w Seulu, skąd pisała artykuły o obu Koreach do „Los Angeles Times”. „Książka wyrosła właśnie z tej serii artykułów”.

Tym polskim czytelnikom, którzy mieli szczęście w nieszczęściu wychowywać się w rzeczywistości PRL-u, nadto zaś w cieniu żywej i obrazowo przedstawianej pamięci o koszmarze II wojny światowej, realia te nie będą zupełnie obce. Książka Demick pozwoli im też może lepiej zrozumieć uwikłanie w komunistyczną ideologię wielu skądinąd uczciwych, inteligentnych, a nawet wybitnych postaci naszego (i nie tylko naszego) społeczeństwa. W porównaniu z nimi Koreańczycy z Północy uwikłanie to doświadczali w sposób o wiele bardziej zasadniczy, a proces „zrywania oków iluzji” był dla niektórych z nich zdecydowanie dłuższy i boleśniejszy: „Zanim ludzie zrozumieli, że ich świat rozpadł się nieodwołalnie, minęły lata”. Dla większości z nich bowiem ideologicznie sformatowana rzeczywistość była jedyną, jaką znali. „Indoktrynacja zaczyna się już w tygodniowych żłobkach, do przedszkoli wprowadzono nauczanie ideologiczne”. Jak to wyglądało w praktyce, autorka przedstawia na przykładzie zadań rachunkowych z podręcznika dla pierwszoklasistów, np.: „Trzej żołnierze Koreańskiej Armii Ludowej zabili trzydziestu żołnierzy amerykańskich. Jeśli każdy z nich zabił tylu samo żołnierzy, ilu Amerykanów zabił jeden żołnierz koreański?”. W konsekwencji wszyscy bohaterowie książki zanim „przejrzeli na oczy” – czy też, jak mówi jeden z ich, doznali „olśnienia, podobnie jak człowiek, który nagle sobie uświadamia, że jest ateistą” – głęboko wierzyli w swoich przywódców i propagowaną przez nich wzniosłą ideologię. „Myślałem, że to jest naturalne”, przyznają potem jako już dorośli, krytycznie myślący ludzie. Nic dziwnego, „widzieli bowiem tylko to, do czego nawykli”. A był to świat niezwykle skutecznie ograniczony do ściśle wyznaczonego przez ideologiczną maszynę obszaru. „Ludzie żartowali, że są jak «żaby w studni», dla których świat zewnętrzny sprowadza się do jasnego koła nad głową”. Coś jak platońska jaskinia.

Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej Barbary Demick formalnie przypomina wydaną niedawno w tym samym wydawnictwie książkę Liao Yiwu Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych. Obie z konieczności zawierają relacje z drugiej, a nawet, uwzględniając autorską mediatyzację, trzeciej ręki (autorzy nie relacjonują wydarzeń, w których brali udział; Demick nigdy nawet nie była w Chongjinie, o którym głównie pisała). Obie opowiadają historie zwykłych ludzi w podobnych – mutatis mutandis – sąsiadujących ze sobą krajach. Obie wydają się też mieć ten sam demaskatorski cel – odkrycie powszechnie nieznanej prawdy. Obie są w końcu równie poruszające.

 

Grzegorz Tomicki

 

Barbara Demick, Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej, przeł. A. Nowakowska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011

Pierwodruk: „Tygiel Kultury” 2012, nr 1-3



sobota, 13 lipca 2013, gtomicki

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2013/07/26 20:11:48
Za mało się o tym i mówi i pisze stanowczo za mało, świat powinien znać dużo więcej na ten temat. anna.m
-
2013/07/26 20:57:11
Zgadzam się. Pozdrawiam


Pocztówki legnicke

Wersja papierowa


Ebook