Dekoder literacki
Kategorie: Wszystkie | Publicystyka | Recenzje
RSS
sobota, 24 października 2015

Twórczość 2013, nr 12

Pisaniem recenzji zajmuję się od czasu, odkąd nauczyłem się w miarę, a więc nie całkiem jeszcze poprawnie posługiwać językiem polskim (co mi zostało do dziś). A było to w kniei, jak mawia pewien mój kolega, czyli w czasach, kiedy byłem jeszcze elektromechanikiem urządzeń przemysłowych. Kolega jest hutnikiem i od trzydziestu lat pracuje na tym samym etacie, co w zestawieniu z moim doświadczeniem życiowym prowadzi do nieuchronnej refleksji, iż lepiej mi było miesić wapno niż porzucać profesję elektromechanika. Zawsze to jakiś konkretny fach w ręku. Tymczasem jednak podjąłem to ciężkie brzemię i w kruchej łódce nie bez obawy wpłynąłem na niezmierzone przestworza srożącego się morza i tak dalej w tym stylu, czyli zostałem literaturoznawcą, co przecież żadnym konkretnym fachem nie jest, jak sami wiecie lepiej ode mnie. Zwłaszcza w czasach galopującego kryzysu, w którym moje pokolenie – nie wiem, jak inne – żyje od dnia narodzin.

Co ciekawe, odkąd nauczywszy się w miarę, a więc nie całkiem jeszcze poprawnie posługiwać językiem polskim (którego się uczę do dziś), dziecinnym językiem niejako bełkocąc zacząłem pisywać recenzje, niektóre redakcje zaczęły przyjmować niektóre z tych recenzji do druku, a nawet je publikować. W łatwy do przewidzenia sposób wpływało to na moje poczucie własnej wartości. Miło było myśleć, że skoro nie bacząc na nieporadne wysłowienie recenzje te były przyjmowane, publikowane, a zatem i powszechnie – jak błędnie mniemałem – czytane, to może i nie jest ze mnie taki szafarz szczupłej okrasy, za jakiego się miałem i za jakich przewrotnie (topos afektowanej skromności) podawali się niegdysiejsi skrybowie.

A było to w kniei, czyli w czasach, gdy określenie „komputer osobisty” było równie rzadko używane, co słowa „skryba”, „topos” czy „szafarz”, zdecydowanie zaś rzadziej niż słówka „kryzys”, „Polska” czy „Europa”. Było to w tych niewinnych czasach, kiedy o telefonach komórkowych nikomu się jeszcze nie śniło, ludzie odwiedzali się spontanicznie i bez zapowiedzi, a listy zaklejało się w koperty i wrzucało do takich czerwonych skrzynek na listy. Kiedy zatem nachodziła mnie fantazja, aby machnąć jakiś tekścik natury krytycznej, który w istocie był raczej swobodną i dość chaotyczną impresją na temat właśnie przeczytanego zbiorku wierszy, wkładałem go następnie do koperty, naklejałem znaczek i wysyłałem w świat. Tą samą drogą dość często, jak na moje oczekiwania, otrzymywałem odpowiedzi o wzruszającej treści typu: „Dziękujemy za tekst, przyjmujemy do publikacji”. Rzecz jasna, gdy tekstu takiego nie przyjmowano jednak do publikacji, było już zazwyczaj za późno, aby go wysyłać gdzie indziej, albowiem recenzja razem z recenzowaną książką nieuchronnie się dezaktualizowały i przestawały kogokolwiek – poza recenzentem oraz, ewentualnie, recenzowanym autorem – obchodzić. Przyjmowałem to z pokorą, choć bez entuzjazmu, jako normalną dolę recenzenta, z którą trzeba się było pogodzić.

Niestety, wszystko to miało wkrótce się zmienić. Świat się zglobalizował, ludzie się skomputeryzowali, redakcje się zmailizowały, ja zaś się nieopatrznie zdoktoryzowałem. Żadna z tych rzeczy nie wyszła mojej recenzenckiej robocie na dobre.

Przede wszystkim, teraz to nie tylko ja wysyłałem recenzje do czasopism, ale i redakcje zaczęły do mnie pisywać.

A to żebym trochę skrócił albo, przeciwnie, szkoda, że recenzja taka krótka. Że za bardzo albo, odwrotnie, że za mało subiektywnie. Że trochę za sucho albo za bardzo emocjonalnie. Że niesprawiedliwie! Za ostro albo ze zbyt dużą taryfą ulgową. Za bardzo analitycznie albo za dużo ogólników. Za bardzo naukowo, a za mało „dla ludzi”. Za frywolnie, a bez respektu. Za długie zdania! Zbyt arbitralnie, za mało afirmatywnie itd.

A to żeby coś zmienić, poprawić, dodać, usunąć, pominąć, nawiązać, poruszyć, nie poruszać – co czasem sprowadzało się do tego, abym to, co napisałem, wyrzucił, i napisał to jeszcze raz, tyle że zupełnie inaczej.

A to że tekst ciekawy i rozważają jego publikację i tak przez pół roku, rok, ponad rok, aż w końcu odpisują, że dogłębnie rozważywszy jednak nie opublikują.

A to że przyjmują i opublikują w najbliższym numerze, w którym go jednak nie publikują, zapewniając, że opublikują go w następnym, który jednak się w ogóle nie ukazuje, albowiem pismo – razem z moją recenzją – zakończyło swój żywot.

A to żebym autoryzował tekst po wprowadzonych „poprawkach” redakcji, po których tekst wygląda czasami na zupełnie nie mój. (W jednym przypadku półtoraroczne pertraktacje z redakcją na temat ostatecznego kształtu tekstu zakończyły się tym, iż z czterostronicowego omówienia skurczył się on do czterozdaniowej noty – zgrabnego ekstraktu pierwszego akapitu).

A to że tekst bardzo dobry, świetny, a nawet rewelacyjny – tu zaczynam robić się podejrzliwy – ale czy zgodziłbym się oddać go za darmo, bo redakcja nie ma w zwyczaju płacić swoim autorom (albo że „tymczasem” ich nie stać na honoraria, albo „nie wiemy, czy będziemy mogli zapłacić”, albo nawet – sic! – „od października do kwietnia nie płacimy za teksty”).

Co gorsza, niektóre redakcje po prostu biorą tekst i nie płacą, o czym nie mają w zwyczaju autora uprzedzić.

Inne zaś biorą i płacą, ale z kolei nie informują, że biorą (i nie odpowiadają na zapytania) i tekst publikują po jakimś roku, kiedy jest on już przyjęty do publikacji w innym piśmie albo i, przypadek najgorszy, już gdzieś został opublikowany, o co mają później pretensje do autora obie redakcje.

Inne z kolei odpisują, że nie biorą, a po jakichś dwóch latach dowiaduję się z trzeciej ręki, że jednak opublikowali.

Jeszcze inne odpisują, że tekstu nie biorą, bo rzekomego widzieli go gdzie indziej, po czym okazuje się, że rzeczywiście widzieli gdzie indziej mój tekst, z tym, że dotyczył on zupełnie innej książki.

Pewna redakcja z Poznania przyjęła nawet chyba ze cztery moje teksty do publikacji, co wydało mi się obiecującym początkiem stałej współpracy, do której jednak ostatecznie nie doszło. Kiedy bowiem po jakimś roku z okładem odważyłem się nieśmiało zwrócić z zapytaniem, kiedy do owych publikacji dojdzie, otrzymałem odpowiedź, że nigdy, gdyż ku ich oburzeniu jeden z przyjętych przez nich tekstów opublikowało już inne pismo. Na moje zapewnienie, że żadnego z nich nie wysyłałem gdzie indziej, żadnej odpowiedzi już nie otrzymałem. Redakcja w ogóle przestała odpowiadać na moje maile. W ten sposób moja kilkutygodniowa praca poszła na marne. Ręce mnie opadły, że się tak niegramotnie wyrażę. Widocznie czas kultury, nie tylko literackiej, się skończył i trzeba się z tym pogodzić.

Sytuacja jeszcze się pogorszyła, kiedy jakiś czas temu umyśliłem potraktować moje recenzenckie zajęcie nieco poważniej i poświęcać omawianym książkom więcej czasu i wysiłku. Aby oddać cudzym tekstom tzw. „sprawiedliwość”, postanowiłem analizować i interpretować je bardziej wnikliwie i możliwie jak najwszechstronniej. Niestety, powstawały z tego omówienia często dziesięcio-, piętnastostronicowe, które jedynie zupełnie okazyjnie przyjmowano do publikacji w całości. Aby zatem uniknąć ich arbitralnego szatkowania, skracania czy „dostosowania” przez innych, czasami sam dzieliłem je na samodzielne całostki – z których każda poruszała inne aspekty danej książki – i wysyłałem do czasopism w takiej formie. Na moje nieszczęście, wszystkie one były przyjmowane do druku.

Skutek był taki, że do starego zamieszania doszło nowe. Redakcje zaczęły podejrzewać, że dostaje im się zawsze ten gorszy kawałek, że odwalam jakąś taśmową robotę i że w ogóle nie godzi się pisać kilku recenzji z jednej książki. Przypuszczam też, że większość redaktorów nie czyta innych czasopism poza własnym, więc mogą brać dwie różne recenzje z tej samej książki za ten sam tekst opublikowany dwa razy, za który autor zainkasował dubeltowe honorarium. Ja zaś zacząłem się czuć, jakbym prowadził jakąś nielegalną i szemraną działalność, sprzeczną nie tylko z prawem, ale i z powszechnym obyczajem, a nawet z elementarnymi zasadami etyki.

Doszedłem też do niezbyt budującego wniosku, że o wiele prościej byłoby przestać się wysilać i zamiast solidnych krytycznych recenzji formułować, jak dawniej, swobodne, na poły amatorskie impresje z lektury. Tak jak to się robi (bez urazy) na przykład w telewizyjnym „Tygodniku Kulturalnym”, w którym słyszę na przykład: „Bo to jest taka poezja, jak to mówiono, esejowata, tzn. rzeczywiście wiersz jest opowieścią, a to o krajobrazie, a to o pracy, bardzo ciekawy wiersz o pracy, a to o dzieciństwie, no najrozmaitsze są tu tematy…” etc. Albo w stylu gazetowych not-streszczeń z błyskotliwymi pointami: „Ambitny i zdolny Desmond wyszedłby może na ludzi, chociaż pochodzi z biednej dzielnicy, jest sierotą, jego matka słabo pamięta moment jego poczęcia i zdziwiła się, że urodziła Mulata. Wygląda na to, że Amis pokłonił się Dickensowi. Z sukcesem” itd. Tyle że takie teksty może smalić każdy średnio rozgarnięty elektromechanik, którym sam byłem dwadzieścia lat temu. Nie potrzeba do tego „ekspertów”.

Słowem, nie dość, że dużo i uczciwie pracowałem, za co mi marnie – o ile w ogóle – płacono, to jeszcze często się na mnie obrażano (nie wspominałem jeszcze o pretensjach autorów). Zebrałem się zatem na odwagę i zadałem sobie męskie pytanie: po jaką cholerę ja to właściwie robię? Profitów z tego praktycznie żadnych. Ani finansowych (jako korektor lokalnego informatora w ciągu dwóch dni zarabiam mniej więcej tyle, co jako recenzent przez dwa miesiące). Ani psychicznych (często negatywny odzew ze strony innych). Ani zawodowych (koledzy akademicy recenzji nie czytują, bo, po pierwsze, nie mają czasu, po drugie, i tak wiedzą swoje). Ani społecznych (wszyscy wiedzą, że pisanie recenzji to zajęcie dla frajerów).

Szczerze mówiąc, zajmowałem się tym chyba tylko dlatego, że to po prostu lubiłem. Niestety, w dobie kryzysu i bezrobocia nie stać mnie na takie hobby. Poza tym ludzie chyba mają rację: pisanie recenzji to frajerskie zajęcie.

Kłaniam się nisko (nie wiem, czy z sukcesem).

 

Grzegorz Tomicki

 

Pierwodruk: „Twórczość” 2013, nr 12



1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 48


Pocztówki legnicke

Wersja papierowa


Ebook