Dekoder literacki
Kategorie: Wszystkie | Publicystyka | Recenzje
RSS
niedziela, 04 listopada 2012

Dorota Wodecka, Mężczyźni rozmawiają o wszystkim

1

Typowy, a nawet stereotypowy, artysta to ktoś z gruntu nietypowy właśnie – oryginał, odmieniec, outsider, często samotnik, uciekinier ze społecznej rzeczywistości, ze skłonnością do zachowań ekscentrycznych i ekscesywnych. Taki też jego wizerunek wyłania się z książki Doroty Wodeckiej Mężczyźni rozmawiają o wszystkim, w której znajdujemy osiemnaście rozmów autorki z intrygującymi przedstawicielami płci męskiej, w znakomitej większości artystami.

„Prawdziwa wolność jest samotnością – mówi np. Andrzej Stasiuk. – Bez poglądów, bez niczego. Pustka. I definiujesz swoją samotność wobec świata, wobec śmierci”. Samotność otwiera szansę dla potencjalności, dla artysty jest to więc stan wielce pożądany, źródełko twórczości. Dlatego osiedlając się w miejscu cokolwiek odludnym może o nim powiedzieć: „Literacko to jest niezłe miejsce”.

To jednak, co jest „niezłe literacko” niekoniecznie musi być takie egzystencjalnie, a źródełko twórczości nie zawsze, a może nawet bardzo rzadko, okazuje się również źródełkiem radości. Myśl ta nieobca jest pewnie Jerzemu Pilchowi, który w swoim dosadnym i ironicznym zarazem stylu stwierdza: „Zawsze i właściwie we wszystkich dziedzinach byłem outsiderem. Np. jakieś 80 procent wódki sam wypiłem w życiu. Ja uwielbiam sam!”.

Wizji mniej pociągającej formy samotności postanowił w swoim czasie, konstatując swoją społeczną nieprzystawalność, uniknąć Adam Nowak, lider zespołu Raz Dwa Trzy,: „Musiałem poszukać takiego sposobu porozumiewania się z ludźmi, żeby nie zachorować na totalną samotność”. Znany  dylemat artysty-odmieńca: albo wolność i społeczne wykluczenie, albo kompromis i integracja.

Dość radykalnym rozwiązaniem wydaje się być strategia Ignacego Karpowicza, polegająca na celowym unicestwianiu tego, co może zostać unicestwione przez anonimowe siły zewnętrzne: „Już po prostu wiem, że nie potrafię długo wysiedzieć w tym samym miejscu. Przyznaję, może ze strachu. Bo kiedy wydaje mi się, że jest miło i bezpiecznie, to prorokuję, że może przyjść zły czarownik, który mi to rozpierdoli. Wolę więc sam. Być sam i sam rozpierdalać. Taka Zosia Samosia jestem”. Podmiotowość, owszem, zostaje ocalona, ale istnieją chyba lepsze pomysły na to, aby umrzeć – za Freudem – na swój własny sposób.

 „Są ludzie, co lubią żyć pośrodku. Ja lubię raz tam, a raz tu – powiada Tomasz Stańko. – Z daleka od stada”. Artysta-outsider niekoniecznie jednak musi być traktowany jako jednostka aspołeczna. Wręcz przeciwnie, jednostki funkcjonujące „na obrzeżach” społeczeństwa są motorem jego ewolucyjnych przemian: „Ja czuję się trochę mutantem. Poruszam się na obrzeżach stada, co nie znaczy, że nie czuję się jego częścią. Wiadomo, że to mutanci pchali do przodu ewolucję. Od mutantów wszystko zależy. Nie od średniej. Średnia jest od produkowania mutantów”.

W ostatnim zdaniu nasz ceniony w świecie jazzman cokolwiek się, jak na mój gust, zagalopował, ale jego megalomańskie predylekcje potwierdza, niestety, także inna uwaga, z którą sam nie wiem, co począć: „Kiedy dostawałem od Aleksandra Kwaśniewskiego medal zasłużonego dla kultury, tylko ja i Robert Korzeniowski mieliśmy ładne buty”. Ładne kwiatki, tfu, ładne buty, chciałem powiedzieć. Poddawszy krytycznej rewizji stan własnego obuwia, stwierdzam, iż w tych butach nie idzie chodzić, więc może i dobrze, że na salony po medal zasłużonego dla kultury się nie wybieram.

2

Tomasz Stańko wypowiada jeszcze jedną dającą wiele do myślenia opinię: „Dla takich jak ja jest coraz więcej miejsca w nowych, bogatych społeczeństwach. Tam można egzystować, jak się żywnie podoba. A ludzi, którzy nie mają stadnych cech, jest coraz więcej”. Korzystając z okazji, tj. z lektury książki Wodeckiej, na kartach której mężczyźni-artyści rozmawiają o wszystkim, można pokusić się o – fragmentaryczne wprawdzie, ale zawsze – ustalenie, jak się mają (niektórzy) artyści w polskim społeczeństwie.

Powiedzmy to od razu: wszystko wskazuje na to, że artyści w polskim społeczeństwie często mają się gorzej niż marnie.

„Aktualnie zarabiam 175 zł miesięcznie w miesięczniku «Znak» – stwierdza bez ogródek Jacek Podsiadło. – Ponadto czasem mam jeszcze spotkanie autorskie, to wpadnie parę stów, albo obiecam napisać książkę i wezmę zaliczkę z naiwnego wydawnictwa… Mam też aż dwie karty bankowe, więc tu debecik, tam kredyt odnawialny i jakoś się to kręci”. Dla dziennikarza takie wyznanie to niezła gratka, ale chociaż autorka niby to podziwia poetę za szczerość, to sama nigdy by się pewnie na podobną nie zdobyła. Dlatego też zajmuje w społeczeństwie – a ściślej: na rynku osobowości – zupełnie inną pozycję niż szczery do bólu artysta.

Mało też który chyba mężczyzna przyznałby otwarcie, że był lub pozostaje na utrzymaniu kobiety. A tu proszę: „Żyję z oszczędności mojej kobiety i spokojnie wystarczy nam jeszcze na trzy miesiące, ale czuję, że przedtem wytryśnie jak zwykle gdzieś w okolicy nowe źródełko dochodów” [Podsiadło]. „Byłem wtedy utrzymankiem mojej kobiety. Nic nie miałem, tylko samochód” [Robert Konieczny, architekt]. W tym kontekście określenie „moja kobieta”, którym posłużyli się obaj panowie, nabiera nowego jakby znaczenia.

Nie lepiej jest u innego „poety swojego pokolenia”, Marcina Świetlickiego, artysty programowo, jak wiemy, „nieprzysiadalnego”: „Nie mam domu, w którym mógłbym się osadzić, ten wynajmujemy. Nie mam pracy, zarabiam od czasu do czasu, nie mam pewności, że za miesiąc dostanę od kogoś jakieś pieniądze. Nie mam dowodu osobistego, telefonu komórkowego i telewizora”. Telefonu komórkowego nie posiada, a domowy chcą mu odłączyć, bo nie płaci rachunków: „Nie płacimy, bo rachunek jest w skrzynce”, a na kluczyk diabli się połasili i wzięli.

Gdy nie można zmienić sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, pozostaje zmiana samego siebie: „Sokrates mawiał, że zdumiewająca jest liczba rzeczy, bez których potrafi się obejść”, konstatuje Jac Po, odwołując się do nie byle jakiej tradycji, co nie zmienia faktu, że równie słuszne wydaje się zdanie, iż „zdumiewająca jest liczba rzeczy, bez których Sokrates musiał się obejść”. Jako i my wszyscy, zresztą.

Zaprawdę słuszniej jest nie chcieć aniżeli chcieć tego, czego się nie ma, a i mieć pewnie nie będzie. Dobrze rozumie to Andrzej Stasiuk: „Forsa to żywioł, nie ma co się oszukiwać. Tylko pięknoduchy mówią, że nie jest ważna, bo nie potrafią jej zarobić albo jej nie mają. Ale jak już mają, to zaczynają mówić, że jest fajna”.

3

Problem jednak zdecydowanie nie jest ani prosty, ani śmieszny. Ma też swój nader wstydliwy społeczny podtekst. Niepokorny artysta, a artysta jest niepokorny ex definitione, staje często przed dylematem, który cokolwiek trywialnie można sprowadzić do wyboru: albo spokornieć, albo się pogodzić ze społecznym wykluczeniem.

„Ja usilnie się staram trafić w taki złoty środek: żeby nie żyć w biedzie, ale też nie dawać ciała dla pieniędzy”, mówi Podsiadło. Czasami jednak nie pozostaje nic innego, jak prosić o pomoc przyjaciół, o czym opowiada z właściwym sobie humorem: „I raz na trzy lata dzwonię do  niego [Dobromira Kożucha, także poety] i mówię: «No, Bodek, zaproście na obiad, bo coś by się zjadło». A on zwykle odpowiada coś w tym rodzaju, że świetnie się składa, bo akurat ma dużo cebuli, a całkiem niedawno widział w lodówce jajko. No to przychodzę, a tam już Dobromir nasmażył kotletów cebulowych, przyprawionych, panierowanych i w ogóle. I jeszcze mówi do żony: «Kochanie, a może byśmy w tym miesiącu zamiast płacić za telefon kupili trochę piwa, bo kolega przyszedł». W efekcie wychodzę od nich najedzony, napity i z torbą cebuli na drogę”.

I tak sobie myślę, że poeta słusznie do wstydu się nie poczuwa, bo w istocie nie ma powodu. Podobnie jak Stasiuk: „Przyznam, że z tą kasą jest kłopot. W kulturalnych rozmowach nie istnieje. Nawet ja się na tym łapię, że jak dupek się czuję, pytając, ile mi zapłacą za przyjazd na jakąś literacką imprezę”. Obaj bowiem żyją dokładnie tak, jak uważają, że im przystoi.

Rzecz w tym, że demokratycznemu, kapitalistycznemu, liberalnemu społeczeństwu obywatelskiemu bezkompromisowi artyści do niczego nie są potrzebni. Bo też co z nich za obywatele: nie pracują, ze społeczeństwem nie bratają, podatki z nich żadne. Nic więc dziwnego, że „poeta nie może wziąć dużego kredytu, bo nie może okazać w banku papieru od Pana Boga, który go zatrudnia”, jak to ujmuje autor Arytmii. Wtóruje mu Stasiuk: „we wsi to za wiejskiego matołka mnie mają. Co to nie sieje i nie zbiera, tylko książki pisze. Niepotrzebne rzeczy robi”. A ta wieś to Polska właśnie.

Krótko mówiąc, z poetą państwo ma tylko kłopot. Chyba, że jest się artystą oficjalnie docenionym i otoczonym wianuszkiem bezkrytycznych fanów, jak to się przytrafiło Miłoszowi czy Szymborskiej. Aby jednak zasłużyć na podobne względy, na to trzeba co najmniej Nobla. Już tam szwedzcy akademicy – najwyższa instancja – dobrze wiedzą, kto ile jest wart. Państwo bowiem najchętniej wspiera poetów noblistów, choćby tych nieżyjących. Tyle że ani nobliści, ani tym bardziej nieżyjący nobliści na wsparcie państwa liczyć już nie muszą. I jedni, i drudzy bowiem, choć z różnych powodów, mają się całkiem nieźle i bez państwowej pomocy.

 

Grzegorz Tomicki

Dorota Wodecka, Mężczyźni rozmawiają o wszystkim, Agora, Warszawa 2010

[Pierwodruk: „Odra” 2011, nr 10]

 



1 ... 46 , 47 , 48
 


Pocztówki legnicke

Wersja papierowa


Ebook