Dekoder literacki

Pozycje zimy

1

O ile mnie pamięć nie zwodzi, gdzieś w okolicy przełomu wieków ukazały się trzy moje cieniutkie książeczki z wierszami, w tym jedna nikczemnie zwana arkuszem, co w oczach poważnych czytelników – zwłaszcza tych, którzy sami są autorami „książek”, „tomów”, a nawet „dzieł” – zupełnie ją dyskwalifikuje. Poniekąd zresztą słusznie, aczkolwiek z powodów zgoła odmiennych. Po­wiedzmy, iż zasługuje ona na słuszne zapomnienie nie ze wzglę­dów formalnych, lecz z uwagi na jakość poetyckiego dowcipu, jaki sobą reprezentuje.

3

W zasadzie dotyczy to także dwóch moich kolejnych tomików słusznie albo i niesłusznie tak zwanych, dla któ­rych określenia „arkusz”, „zeszyt”, a może i „brulion” pa­sują równie dobrze albo i niedobrze jak „książka”, „tom”, a nawet „dzieło”, że nie wspomnę o „Księdze”. Z tą jednak istotną różnicą, że czytanie ich po latach nie tylko nie po­woduje u mnie jakiegoś szczególnie dotkliwego dyskom­fortu, ale sprawia nawet pewną perwersyjną przyjemność, jaką daje obcowanie ze swoim przeszłym, nieaktualnym, archaicznym ego, a więc alter ego w dosłownym słowa tego znaczeniu, czyli alter ego par excellence, tj. całkiem innym ja, że się tak wyrażę.

2

Przyjemności tej nie muszą, rzecz jasna, podzielać ewentualni Czytelnicy i Czytelniczki, toteż do czytania tych tekstów – które bardziej lub mniej udolnie aspirują do bycia wierszami, a przy tym są nieprzyzwoicie osobiste – nikogo ani namawiam, ani nie namawiam. Tak się bowiem szczęśliwie składa, że ani żaden sponsor, ani urzędnik, ani wy­dawca nie oczekują „zwrotu kosztów” ani tym bardziej zy­sków z tej wirtualnej publikacji.

5

Zbiorek Miasta aniołów, którego zmienioną wersję stanowią Pozycje zimy, ukazał się pierwotnie w roku 1998 w Bydgoszczy nakładem Instytutu Wydawniczego Świa­dectwo oraz „staraniem Wojewody Legnickiego i Urzędu Wojewódzkiego w Legnicy”, jak czytam w ostatnim eg­zemplarzu, jaki się ostał w mojej Bibliotece. Obecne wyda­nie ukazuje się bez kłopotliwego pośrednictwa urządzeń suwerennego państwa – że posłużę się agambenowskim dyskursem spiskowym – w postaci Instytutów, Urzędów i Wojewo-dów, co niepomiernie mnie cieszy. Tym razem, można by rzec, na fatygując nikogo, autor postarał się sam.

6

Innymi słowy, publikacja ta nie musi się „zwracać” – ani w kosztach ani do czytelników-nabywców. Nie musi spełniać ni­czy­ich oczekiwań i nie nakłada na mnie jakich­kolwiek zobowią­zań, co w warunkach współczesnego spo­łeczeństwa konsumpcyj­nego czyni ją nie tylko bezwarto­ściową, ale i bezinteresowną, czyli bezcenną.

7

Tomik ten, brulion, zeszyt czy e-book różni się także tym od pierwszego wydania papierowego, że usunąłem z niego kilka wier­szy, kilka nieznacznie podrasowałem oraz dodałem dwa inne, po­chodzące z tamtej równie pięknej, co trudnej epoki, które z per­spektywy czasu (a więc z innej pozycji) uznałem za bardziej sen­sowne. Zupełnym novum są także zdjęcia. Szczegółowe ewiden­cjonowanie tych zmian wydaje mi się zbyteczne.

8

Byłbym się może z podobną inicjatywą nigdy nie wy­chylał, gdyby nie fakt, iż po kilkunastu latach od „nauko­wego zwrotu” czy też „nawrócenia” – jak ze swojej, tj. pro­fesorskiej perspektywy (pozycji) rzecz ujął Krzysztof Uni­łowski – przymierzam się do wydania nowej książeczki z wierszami, co skłoniło mnie do przewietrzenia archiwów, których pewne fragmenty chciałbym w ten sposób ocalić od zapomnienia tudzież ku uciesze przyszłym sieciowym archeologom. Ponieważ intuicja podpowiada mi, że ów „zwrot poetycki” – choćby z tego względu, że brzmi głupio – może nie potrwać zbyt długo, kuję żelazo, póki gorące. Toteż niebawem w podobnym trybie wypuszczę zapewne także moje krakowskie Zajęcia.

9

Jest to zatem i nie jest gest powtórzenia pewnego istotnego – aczkolwiek wyłącznie dla mnie – wydarzenia z 1998 roku. Jest też i nie jest wspomnieniem. „Powtórzenie i wspomnienie – jako rzecze Søren Kierkegaard – to ten sam ruch, lecz skierowany w przeciwne strony  gdyż to, co się wspomina, już było, powtarza się więc «do tyłu». A właściwe powtórzenie to wspomnienie zwrócone ku przy­szłości”. Jakoś tak też sobie o nim myślę, tylko mniej uczenie.

10

O ile w ogóle, to polecałbym te prostolinijne wiersze lekturze w stylu mniej poważnym, tragicznym i namasz­czonym niż ten, w którym je niekiedy pisano. Tylko wtedy, jak sądzę, istnieje jakaś szansa na to, aby znaleźć w nich niejakie upodobanie.

14

A teraz, jeśli Państwo pozwolą, wstanę od biurka i wsiądę na rower, aby zaczerpnąć odrobiny przyjemności z bezpośredniego obcowania z naturą, bez której kultura w ogóle nie miałaby smaku. Zwłaszcza wiosną.

15

Podobnie też jak mojemu koledze Wallace’owi Stevensowi, w pokoju świat wydaje mi się niezrozumiały, za to podczas jazdy rowerem widzę, że składa się on z trzech, może czterech wzgórz i jednej chmury. I taki wy­daje mi się bardziej dorzeczny. [Ze wstępu]

16

Zima w mieście

Niespodziewany nawrót zimy,

przenikliwy ziąb. Spod legnickiej

katedry pokaszlując wstaje stara

Rumunka i idzie, jak mówią,

roznosić gruźlicę gdzie indziej.

17

Zdjęcia przedstawiają agambenowskie dzikie pola - o których będzie przy innej okazji - czyli zarówno z urbanistycznego, jak i agrarnego punktu widzenia osobliwy nieużytek pomiędzy Ptasim Osiedlem a blokowiskami osiedli Kopernika oraz Piekary 1 i 2, aczkolwiek za te ostatnie liczby nie ręczę, bo równie dobrze może chodzić o Piekary 3, a kto wie, może i 4.

18

Z innego punktu widzenia nieużytek ów jawi się jako ocalały z urbanistycznych zniszczeń stan natury, zapomniany przez urzędników, planistów, architektów, menedżerów, inżynierów oraz innych organizatorów przestrzeni, czyli "trójwymiarowej nieokreślonej i nieograniczonej rozciągłości, w której zachodzą wszystkie zjawiska fizyczne", jako rzecze Pismo.

19

Słownik słownikiem, ale jeśli o mnie chodzi, wolę sam nadstawiać oka i ucha na to, co w trawie piszczy, czyli jakie w niej zachodzą "zjawiska fizyczne". Tak dla higieny psychicznej.

20

Pozycje zimy dostępne są tutaj oraz w innych miejscach w przestrzeni.




Pocztówki legnicke

Wersja papierowa


Ebook